logo
 

European Aircombat Scale Games WROCŁAW 2007

 

  Stolica Dolnego Śląska przez cztery dni – od 9 do 12 sierpnia - była gospodarzem Mistrzostw Europy ACES 2007. Przyjechało prawie sześćdziesięciu zawodników z ośmiu krajów - Białorusi, Czech, Estonii, Mołdawii, Niemiec, Polski, Słowacji i Ukrainy - aby walczyć o tytuł mistrza w tej, bodaj najbardziej widowiskowej w świecie modelarskim, dyscyplinie. Impreza nie odbyła się na lotnisku, jak to zazwyczaj ma miejsce, lecz niemal w centrum Wrocławia. Organizator, pan Zbigniew Wdowikowski, wyszukał odpowiedni teren nieopodal Odry. Pomysł wydawał się szalony, bo to okolica z przerośniętymi chwastami, gdzieniegdzie samosiejkami młodziutkich drzew, no i ta rzeka…, o wale przeciwpowodziowym nie wspomnę. Pozostanie wielką tajemnicą pana Zbyszka, dlaczego do ostatniej chwili czekał z wprowadzeniem ekipy, która miała oczyścić z chwastów to miejsce. Pojawiła się dzień (!) przed zawodami i można powiedzieć, że rozegrała się już wtedy pierwsza walka – ale powietrzno-ziemna, pomiędzy koszącymi ludźmi a rozwścieczonymi osami, którym zniszczono nieopatrznie dwa gniazda. Pracownicy uciekli w popłochu, porzucając swoją pracę. Dokończyli ją, razem z panem organizatorem, sami piloci jeszcze w piątek rano. Pole, do mających się odbyć rozgrywek, przypominało wyglądem nie wyczesaną sierść liniejącego psa, ale w końcu piloci podczas prawdziwej wojny też nie mieli idealnych warunków do latania. Walki powietrzne AIRCOMBAT dzielą się na dwie kategorie – pierwszej (I WW) i drugiej (II WW) wojny światowej. Modele to półmakiety myśliwców z obu wojen w skali 1:8 (I WW) i 1:12 (II WW). Każdy samolot ciągnie za sobą taśmę ( o długości: 17m w I WW, 12m w II WW), celem każdego pilota jest ścięcie takiej taśmy przeciwnikowi, broń Boże samolotu! W jednej walce, trwającej siedem minut, bierze udział siedmiu zawodników. Kolizje w powietrzu nie są punktowane i żadnemu z uczestników nie zależy na niszczeniu modeli. Zawody odbywają się zgodnie z międzynarodowym regulaminem – zainteresowani znajdą go w Internecie.

klik
klik

 

 

 

 

 

Czwartek (09 sierpnia) miał być dniem organizacyjnym, ale z przyczyn technicznych (brak prądu) nie zarejestrowano zawodników ani nie ułożono list startowych. W piątek ( prąd już był), po odprawie pilotów, rozpoczęto pierwszą rundę II WW. Organizator chyba zapomniał o odprawie technicznej, co w efekcie przyczyniło się do tego, że w zawodach brało udział kilka modeli nie spełniających warunki regulaminu (nieodpowiednia wielkość silnika), wywołując wśród zawodników zrozumiałe protesty. Zaraz potem zaczął padać deszcz, uniemożliwiając dalsze walki przez kilka godzin. Koło siedemnastej wznowiono loty i udało się doprowadzić do końca pierwszą rundę. Niestety, nie starczyło już czasu na walki w I WW. Sobota przywitała miłośników AIRCOMBATÓW ładną pogodą. Rozpoczęły się walki II WW. Każdy z zawodników miał wziąć udział w trzech rundach – jedną już mieli za sobą. Przy tak dużej liczbie uczestników (51 – sic!), czas między walkami ograniczono do niezbędnego minimum, co dla pilotów mogło być niewygodne, ale za to publiczność miała na co patrzeć! II WW to kategoria z modelami poruszającymi się nawet do 200km/h. Wymaga niesłychanego refleksu, wyczucia przestrzeni i widzenia „na okrągło”. Dla widza pierwszym wrażeniem z oglądania tego spektaklu jest uczucie, jakby miał nad sobą rój oszalałych szerszeni. Potrzeba trochę czasu, aby móc rozróżnić samoloty i rozeznać się w sytuacji. Nic dziwnego, że podczas walk widzowie żywo reagowali, były okrzyki, gwizdy, salwy śmiechu, a przy lądowaniu walecznych myśliwców – oklaski. Dzięki sprawnej organizacji udało się przeprowadzić dwie rundy i po południu wyłonili się finaliści, którzy mieli stoczyć ostateczną potyczkę w niedzielę: Patrik Svida, Dan Pek i Ruda Kloucek z Czech, Tomas Krajcovic ze Słowacji, Jurgen Feldhaus z Niemiec i Polacy – Tomasz Malinowski i Bogdan Robak.

klik
klik

 

 

 

 

 

Późnym popołudniem doczekały się wreszcie swojej kolejki modele samolotów z okresu pierwszej wojny światowej. Już nie tak szybkie i nie tak liczebne (w tej kategorii brało udział ośmiu zawodników) jak te z II WW, ale myliłby się ten, kto by uważał, że dla pilotów to przysłowiowa bułka z masłem. W rundzie latały tylko po cztery samoloty, a mała liczba przeciwników zmniejsza szanse cięcia. Styl walki jest zupełnie odmienny od II WW. Każdy ruch jest przemyślany, widać, jak pilot przymierza się do ataku - tu nie ma przypadkowości. Niestety, z powodu fatalnego stanu pola, piloci nie mogli pochwalić się gracją swoich maszyn podczas startu z ziemi (co jest dodatkowo punktowane). Po trzech widowiskowych rundach piloci dowiedzieli się, kto dostał się do jutrzejszego finału. Byli to: Dmitrij i Artem Jakovlev z Białorusi, Patrik Svida z Czech oraz Piotr Eciak, Bogdan Robak i Wojciech Krajnik z Polski. 

klik
klik

 

 

 

 

 

Wieczorem, na wniosek wszystkich zagranicznych pilotów, organizator zapowiedział dodatkową – czwartą - rundę w II WW. W niedzielę, po czwartej rundzie II WW, w finale pozostali (porównując z sytuacją po trzeciej rundzie) Patrik Svida i Dan Pek z Czech, Tomas Krajcovic ze Słowacji, Jurgen Feldhaus z Niemiec i Polak – Tomasz Malinowski. Czechowi Rudzie Kloucekowi oraz Polakowi Bogdanowi Robakowi nie udało się tym razem zdobyć wystarczającej liczby punktów, ale ilość Polaków i Czechów w finale pozostała bez zmian – awansowali Tomasz Śmigielski i Jakub Rampa Skotnica. Finały pokazały klasę zawodników. Najpierw była kategoria I WW. Brało w niej udział sześciu pilotów. Podczas tej walki Piotr Eciak, który miał najwięcej punktów, bronił swojej pozycji. Latał szybkim i zwrotnym modelem włoskiego samolotu Ansaldo Balilla. Miał jedno cięcie i zachował taśmę. Lepszym okazał się jednak Białorusin Dmitrij Jakovlev, z dwoma cięciami i również zachowaną taśmą. Umiał wykorzystać szansę, jaka nadarzyła się po zderzeniu Czecha Patrika Svidy z Wojtkiem Krajnikiem. Polak, z uszkodzonym SE-5, po krótkim czasie musiał lądować, ale Czech latał dalej, mimo utraty połowy dolnego płata i smętnie zwisającego, naderwanego podwozia. Stał się łupem jednopłatowego Morane G. Dmitrija i bohaterem publiczności. Dolatał do końca czasu walki i nawet udało mu się wylądować swoim Aviatikiem D.I.Berg, nagrodzony gromkimi brawami. Podobnie jak Eciak, miał w tej potyczce jedno cięcie.(11) Tak więc mistrzem w I WW został Białorusin Dmitrij Jakovlev, wicemistrzem Polak Piotr Eciak (z Wrocławia), a trzecie miejsce wywalczył Patrik Svida z Czech. Pozostali polscy piloci zajęli miejsca: 4 - Bogdan Robak, 6 – Wojciech Krajnik, 7 – Mirosław Stachowski, 8 – Sławomir Janke. 

klik
klik
klik

 

 

 

 

 

II WW to kolejny pokaz mistrzowskich umiejętności kombaciarzy, poza Tomaszem Śmigielskim, któremu nie udało się nawet wystartować z powodu awarii samolotu. Piloci latali ciasno, zbitą masą i bardzo nisko, maksymalnie do wysokości 20 metrów. Zadziwiały błyskawiczne manewry. Samolot Czecha Rampy Skotnicy wykonał kilkakrotnie ostre nurkowanie, aby tuż-tuż nad ziemią świecą wzbić się z powrotem w górę w zaskakującym ataku z dołu. Aż dziw, że nie zderzył się z innym samolotem. Mniej więcej w połowie czasu walki z całą taśmą pozostał tylko Ił Jurgena Feldhausa z Niemiec. Cała reszta, w szaleńczym pościgu próbowała go dopaść. Niemiec, przez kilka pozostałych do końca minut, dał pokaz pilotom i widzom, w jaki sposób można wyjść cało z takiej opresji. Ostatecznie zajął szóste miejsce. Była to najpiękniejsza walka w mistrzostwach i chociaż najdynamiczniejsza, to żaden z modeli nie został zniszczony. Mistrzem tej kategorii został Patrik Svida z Czech, następnie Słowak Tomas Krajcovic i, na trzecim miejscu, Tomasz Malinowski z polskich Pabianic. Pozostali Polacy w II WW zajęli miejsca: 7 –Tomasz Śmigielski, 9 – Tomasz Zalewski, 15 – Piotr Eciak, 17 – Bogdan Robak, 21 – Zygmunt Kraszewski, 33 – Roman Manko, 48 – Mieczysław Bartoszek. Zwycięzcy dostali wspaniałe nagrody i ogromne puchary, każdy z uczestników otrzymał okolicznościowy dyplom. Wśród zawodników znalazła się również jedna pani - Simoneta Batkova ze Słowacji, pokazując, że nie jest to sport zarezerwowany dla mężczyzn.

klik
klik
klik

 

 

 

 

 

Na temat zdobywcy trzeciego miejsca w kategorii II WW – Tomka Malinowskiego - warto powiedzieć parę słów. Ten utalentowany szesnastolatek przyjechał do Wrocławia w charakterze widza, ponieważ na treningach zniszczył wszystkie modele, którymi miał latać w EASG. Jak każdy dobry zawodnik, żyje tym sportem i poświęca mu cały wolny czas. Nietrudno wyobrazić sobie, co musiał czuć, gdy jechał bez sprzętu nad Odrę. Z pomocą przyszedł mu najpierw Piotr Eciak - nie umiał sobie wyobrazić, że tak dobry zawodnik nie weźmie udziału w mistrzostwach. Jako mieszkaniec Wrocławia, miał blisko do domu, aby wydobyć z niego jakiś model do II WW. Pożyczył Tomkowi Iła-2. Można by powiedzieć, że to zawracanie głowy – piloci do takich zawodów szykują się długo i starannie, wczuwają się w swoje maszyny i zapoznają z ich kaprysami. Pożyczony Ił nie był przygotowany na zawody. Piotrek używał go jako modelu treningowego, poza tym trzeba go było dopiero wyregulować. A jednak Tomek, zupełnie nie znając samolotu, zdecydował się na walkę. Brał udział w piątkowej pierwszej rundzie i zdobył dwa cięcia! Piotrek przyznał, że sam nie umiałby tyle wykrzesać ze swojego Iła. Potem pomógł Zygmunt Kraszewski, pożyczając Kawasaki Ki64, na którym w końcu Tomek wywalczył, najwyższe wśród Polaków w kategorii II WW, trzecie miejsce. Nie mając własnych modeli, latając na nie przećwiczonym przez siebie sprzęcie, zdobył najwięcej punktów i pokazał tym, że jest najlepszy. Dobrze to świadczy o atmosferze między polskimi zawodnikami. Uczestnicy walczą indywidualnie i każdy jest dla innych rywalem. Tomek, ze swoim potencjałem, stanowił przecież poważne zagrożenie, ale koledzy, zamiast kalkulować czy im się to opłaci, po prostu pomogli mu.

klik

 

 

 

 

 

EASG Wrocław 2007 to zawody, gdzie na początku „trup siał się gęsto” i często przekraczano strefę bezpieczeństwa. Dzięki rozegraniu mistrzostw w mieście, przyglądały się temu setki widzów, z dnia na dzień przybywając coraz tłumniej. Zainteresowanie było bardzo duże i aż szkoda, że zabrakło osoby z nagłośnieniem, tłumaczącej to co się dzieje na niebie i o co w tym wszystkim chodzi. Wbrew wcześniejszym obawom dotyczącym terenu rozgrywek, żaden samolot nie wpadł do Odry ani w budynki mieszkalne, ani nie rozbił się o wał przeciwpowodziowy – startowali zawodnicy takiej rangi, że nie mogło być mowy o tego typu wypadkach. Mimo kilku niedociągnięć i wpadek organizacyjnych, była to udana impreza, która podobała się i pilotom, i publiczności.

klik

 

 

 

 

 

                                                          Ewa Eciak